Praca i nauka za granicą
Interes, który nie wypalił

To było szaleństwo. Decyzja zapadła spontanicznie – jedziemy do Hiszpanii. Sprzedał, co się dało, resztę dobytku spakował w samochód, z żoną i dwójką dzieci ruszył rok temu na podbój Hiszpanii, w poszukiwaniu lepszego życia. Bar, który wtedy otworzył na Costa Blanca, po roku jest zmuszony zamknąć. Ale wyjazdu z Polski nie żałuje.
– Nie znaliśmy hiszpańskiego, nigdy wcześniej nie byliśmy w tym kraju, ale mojej żonie odpowiadał ciepły klimat i w ogóle Hiszpania wydawała się tym miejscem, w którym chcemy rozpocząć nowe życie. Chociaż wiedziałem, że to nie jest żadne ekonomiczne Eldorado – mówi 33-letni Tomek Dąbrowski z Ostródy, który od roku mieszka i pracuje w Hiszpanii. Jest kelnerem we własnym barze, jego żona – barmanką, a wspólnik kucharzem-pasjonatą.
Błędny rycerz z Polski
Skrajne uczucia mogą nasuwać się komuś, kto słucha historii Tomka: szaleniec, błędny rycerz pozbawiony realizmu lub godny podziwu ryzykant, który postanowił spełnić swoje marzenia i nie godząc się na polską rzeczywistość, diametralnie coś z mienić w swoim życiu. Niewielu ma taką odwagę.
Rzucił pracę w firmie deweloperskiej, bo stwierdził, że trafił na mur i zaczął „dusić” się we własnym kraju, wykańczała go biurokracja i kłody pod nogi rzucane na każdym kroku. – Skończyłem administrację w Olsztynie. Wiele rzeczy próbowałem robić. Pracowałem w wielu firmach, prowadziłem też własną. Moja żona jest po polonistyce. Przyszedł taki moment, że obydwoje stwierdziliśmy, że albo teraz coś zrobimy ze swoim życiem, albo nigdy – mówi Tomek.
Spieniężyli, co mogli, resztę spakowali do vana. – Dwójka naszych dzieci: 7- i 2-latka, rowery i kot. Taką ekipą ruszyliśmy do Hiszpanii, do Alicante na Costa Blanca – opowiada Tomek. – Wcześniej mieliśmy już wstępnie nagrane mieszkanie do wynajęcia przez znajomą z Hiszpanii, którą poznaliśmy na naszej-klasie.
Od początku wiedzieli, że nie będą szukać zatrudnienia, tylko sami stworzą sobie miejsce pracy. Najpierw miał być sklep z ubrankami dla dzieci. Jednak lokale w centrum Alicante okazały się za drogie. – Wtedy pojawił się pomysł baru, chociaż nie mieliśmy z taką działalnością nigdy do czynienia. Przez kilka miesięcy szukaliśmy w miarę taniego lokalu i cały czas chodziliśmy do szkoły, aby uczyć się hiszpańskiego. Żyliśmy z oszczędności, które z sobą przywieźliśmy – mówi Tomek.
Trafili na lokal nad samym morzem, na plaży San Juan, jakieś 70 metrów od brzegu. Zakochali się w tym miejscu. Mieścił się tu wcześniej sklep z tytoniem. Musieli wyremontować lokal, przystosować go do potrzeb niepełnosprawnych. Czynsz (1 tys. euro w sezonie i poza sezonem – 650 euro) okazał się – w porównaniu z lokalami, które oglądali – dosyć niski. – Jakoś daliśmy radę z podstawowym hiszpańskim. Dogadaliśmy się w urzędach. Tu jest większa życzliwość, niż w Polsce – mówi Tomek.
Czy wiedział, że trafił na największy od kilkudziesięciu lat kryzys w Hiszpanii? – Miałem tego świadomość, ale zawsze twierdziłem, że warto podążać tam, skąd wszyscy uciekają – odpowiada Tomek, i uśmiechając się dodaje – mam duszę ryzykanta.
Bar za 20 tys. euro
Pięć miesięcy po przyjeździe do Hiszpanii, otworzyli swój bar „Medusa”. – Startowałem z naprawdę niewielkimi pieniędzmi. Miałem ok. 20 tys. euro. W Polsce nigdy za te pieniądze nie otworzyłbym baru – mówi Tomek. Wiele rzeczy robił gospodarczym sposobem. – Nie parałem się nigdy wcześniej budowlanką. Tutaj musiałem zakasać rękawy, aby wyremontować lokal. Kupowaliśmy używane meble, bo nie mieliśmy pieniędzy na nowe – mówi Tomek.
Pierwsze miesiące ostudziły zapał Tomka. Co prawda w międzyczasie dołączyli wspólnicy Radek z Magdą, ale szybko okazało się, że turystyka w Hiszpanii przeżywa kryzys. Poza tym Hiszpanów trudno przekonać do nowego lokalu. Nie sprawdziło się polskie jedzenie. Trzeba było wprowadzić hiszpańskie menu.
– Chociaż Radek okazał się mistrzem w przyrządzaniu szybkich przekąsek, to jednak naleśników z serem nikt nie chciał kupować, bo Polacy wcale nie chcą chodzić do polskich restauracji – mówi Tomek.- Są trzy rodzaje Polaków: miejscowi, którzy chodzą do swoich osiedlowych barów i tu nie zaglądają, turyści z Polski, którzy jadają w hotelach i starają się raczej podczas pobytu spróbować hiszpańskiej kuchni i trzecia grupa – Polacy z innych krajów m.in. z Anglii, Irlandii. I właśnie ta ostatnia grupa byłą najliczniejszą moją klientelą. Szczególnie gdy uruchomiłem swoją stronę internetową.
Może teraz Anglia?
Tomek nie przygotował profesjonalnego biznesplanu. Kalkulował, że niewielki bar, na jednej z głównych plaż stolicy Costa Blanca, bez problemu zarobi w wakacje na kolejne miesiące przestoju. Okazało się, że – pomimo lepszych letnich miesięcy – do biznesu trzeba dokładać. – Nie mam dodatkowego zarobku. Gdyby bar był moim dodatkowym źródłem dochodu, to bym w to dalej brnął – mówi Tomek.
Myśli teraz o sprzedaży „Medusy”: – Sądzę, że byłoby to spełnienie marzeń dla wielu ludzi zakochanych z Hiszpanii. Jeśli mają oszczędności, dodatkowe źródło finansowania, to taki bar byłby dla nich sposobem na realizację swoich pasji. Potrzeba czasu żeby przyniósł zysk. My tego czasu nie mamy – dodaje Tomek.
Teraz już planuje, do jakiego kraju wyjechać. Wiedzą jedno, że do Polski nie wrócą. Żona Tomka trochę martwi się o swoje dzieci, które nauczyły się hiszpańskiego i zaaklimatyzowały w nowym kraju. – Jestem trochę przygnębiona tą Hiszpanią, że nam się nie udało, a tak chciałam tu przyjechać – mówi Krystyna, partnerka Tomka. Próbuje jednak znaleźć pozytywy roku spędzonego na półwyspie. – Ja nauczyłam się fachu barmana, dzieci umieją dodatkowy język. Może w Anglii będą potrzebowali polonistek?... – zastanawia się Krystyna.
Marzena Olechowska Madryt
Adres baru:
www.barmedusa.com

